„Taki mamy (kreatywny) klimat”, czyli jak (i po co?) tworzyć kreatywną atmosferę zajęć z dziećmi bez kolorowych papug i puf

12 grudnia 2017
„Taki mamy (kreatywny) klimat”, czyli jak (i po co?) tworzyć kreatywną atmosferę zajęć z dziećmi bez kolorowych papug i puf

Moja koleżanka, pisząca także na łamach tego wydawnictwa, Weronika Idzikowska, jest oddaną rzeczniczką pracy projektowej w poszanowaniu podmiotowości i autonomii dzieci. Bardzo się z nią zgadzam. Mam wiele własnych doświadczeń w takiej pracy, a wśród nich zarówno doświadczenia uskrzydlających sukcesów, jak i spektakularnych porażek. Te pierwsze cieszą, te drugie – skłaniają do wniosków. Jednym z nich jest refleksja, że na skutek różnych niekoniecznie dobrych edukacyjnych doświadczeń nie wszystkie dzieci są od razu gotowe, by działać projektowo bez narzucającej pewne decyzje obecności dorosłych. Zaryzykuję nawet śmiałą tezę – większość z nich nie jest. Dlaczego? Bo nie przywykły do tego, że ich zdanie jest ważne, że ich pomysły nie są „dobre” lub „złe”, ale po prostu – warte sprawdzenia. Pracuję na poletku, które pozwala coś w tym obszarze zmieniać: pomagam dzieciom rozwijać kreatywność. Odblokowuję te poblokowane, otwieram te głowy, które już zdążyły poukładać się w równiutkie szufladki schematów, „zdolnym leniom”, czy „sprawdzianowym looserom” pokazuję, że są więcej warci niż ocena w dzienniku elektronicznym. A przynajmniej się staram. Chciałam się w związku z tym podzielić moimi refleksjami na temat budowania atmosfery sprzyjającej kreatywności – bo jestem głęboko przekonana, że od tego trzeba zacząć pracę z grupą, które ma samodzielnie stawić czoło wyzwaniom związanym z aktywnym uczestnictwem w kulturze. Twórczy klimat czy kreatywna atmosfera – te określenia brzmią dobrze, prawda? Chyba żaden nas, animatorów czy nauczycieli, nie pogniewałby się, gdyby takimi wyrażeniami komplementowano jego działalność. Ale co to właściwie znaczy? I jak się robi ten „twórczy klimat” w praktyce?

Widziałam na własne oczy firmę, która ma specjalny pokój do zadań kreatywnych. Są w nim kolorowe ściany, hamaki, pufy, nagłośnienie godne sali koncertowej, z pomocą którego na całą salę rozlega się szum wodospadu i świergot ptaków, mnóstwo tablic i miękkie zielone niczym trawa na łące podłogi. Nie muszę dodawać, że sala jest zamykana na klucz od wewnątrz. Nic, tylko się zaszyć i tworzyć. Korporacja ta zainwestowała sporo pieniędzy oraz przestrzeni w to, by stworzyć kreatywnym umysłom odpowiedni klimat do pracy. Pieniędzy, których nam, jak wiadomo, chronicznie brakuje. Przytaczam ten przykład jednak nie po to, by Państwa sfrustrować (że inni mają lepiej), lecz żeby podzielić się refleksją, że widać sama przestrzeń ma znaczenie dla efektów. Bo nie wierzę, że te niemałe inwestycje biorą się wyłącznie z kaprysu.

Cóż, codziennością animatorów kultury jest w wielu przypadkach salka (używam zdrobnienia, bo często pomieszczenie to nawet trudno jest nazwać salą) czy świetlica wynajmowana za dobre słowo od szkoły, domu kultury, parafii. Nie ma co wybrzydzać – dobre i to, a darowanemu koniowi jak wiadomo w zęby się nie zagląda.  Nauczyciele mają może lepiej – sale szkolne są zwykle nieźle przystosowane do rozmaitych działań, ale i tak daleko im do opisanych wyżej ekstrawagancji. Ale i o tę przestrzeń można starać się odpowiednio zadbać. A piszę to, bo sama wiem, jak często w ferworze innych spraw się o tym zapomina. Nie trzeba wielkich środków czy nakładów, trzeba natomiast wrażliwości, elastyczności, czasem trochę trudu i wysiłku. Zadbawszy o podstawowe potrzeby: by dzieci były bezpieczne, nie marzły lub nie usychały, miały gdzie skorzystać z toalety i gdzie umyć ręce, warto przemyśleć głębsze potrzeby.  A spośród nich podstawową: żeby uczestnicy zajęć czuli się w danym miejscu mile widziani. Podzielę się tu osobistą traumą z krakowskiego przedszkola, do którego uczęszczałam: w ogrodzie ustawiono naturalnej wielkości, pomalowaną na kolorowo lokomotywę (stoi tam zresztą po dziś dzień). Niestety, stanowiła ona jedynie walor wizerunkowy placówki, albowiem dzieciom kategorycznie zabroniono, prawdopodobnie ze względów bezpieczeństwa, do niej wchodzić. Trauma ta była tak duża, że będąc już dorosłą osobą, nie oparłam się kiedyś pokusie i pod osłoną nocy przesadziłam ogrodzenie zamkniętego o tej potrze przedszkola, by po raz pierwszy wejść do przedszkolnej „ciufy”. Piękna to była chwila i zupełnie nie wiem, dlaczego musiałam na nią czekać niespełna trzy dekady.

Obwarowywanie każdego sprzętu zakazami czy prośbami, by „nie dotykać” jest z punktu widzenia celów twórczych strzałem w kolano. Bo przecież właśnie chcemy pracować nad rozbudzaniem ciekawości poznawczej, zadawaniem pytań, eksperymentowaniem, rozwijaniem wyobraźni. Smutna to refleksja, ale już lepiej niebezpieczne, czy stanowiące własność innych osób rzeczy wynieść z pola widzenia dzieci, niż jak mantrę powtarzać „zostaw” i „nie ruszaj, bo zepsujesz”. Na pewno warto stworzyć system zasad określający, co wolno, a co nie jest dozwolone. Przy czym skupiłabym się raczej na tym, co wolno.

Aby czuć się mile widzianymi, dzieci powinny mieć także prawo do ingerowania w przestrzeń i samodzielnego o niej decydowania. Nie zakładajmy, że wiemy, nie myślmy za dzieci i nie odpowiadajmy za nich na niepostawione nigdy na głos pytania. Okazujmy, że komfort uczestników jest ważny: pytajmy, jak najczęściej się da, czy uczestnikom zajęć jest wygodnie, czy chcieliby zaświecić/zgasić światło, otworzyć/zamknąć okno. Uczmy ich, że nie tylko mają głos w tych sprawach, ale i współdzielą z dorosłymi odpowiedzialność za to, by praca odbywała się w przyjaznych warunkach. Pytajmy, gdzie i na czym chcą siedzieć, w którym miejscu chcą pracować. Wieszajmy wytwory na ścianie. Róbmy inicjowane przez uczestników przemeblowania. Reagujmy z otwartością na pomysły i inicjatywy. Może ktoś ma w domu niepotrzebny fotel, półkę albo nadmiar farby po zakończonym remoncie? Ważne, by dzieci czuły się gospodarzami, by choć trochę poczuły, że to jest ich królestwo, że są u siebie.

Wreszcie, niech samo podejście do przestrzeni mówi o tym, że kreatywna postawa jest mile widziana. Co to znaczy? To, że czasem możemy z nią eksperymentować: położyć się na podłodze i oglądać film na suficie. Rysować na podłodze. Ustawić stoliki na bokach i na blatach stworzyć galerię. Z krzeseł zbudować fortecę czy okręt. Spod dywanu wygrzebać skarby. Zamiast światła zapalić świeczkę i poobserwować cienie na ścianach. Wiadomo.

I jeszcze jedno: zbyt często myli się kreatywną atmosferę z chaosem. Owszem, chaos bywa kreatywny. Ale nie dla każdego. Są przecież wśród nas i tacy, którzy do pracy, także (lub zwłaszcza) tej twórczej, potrzebują pustego biurka, porządku, ciszy. To dotyczy zwłaszcza wszelkich działań związanych z działalnością umysłową – burz mózgów, narad, tworzenia planów działania, podejmowania decyzji. I warto przed takimi działaniami ułożyć sobie nie tylko myśli, ale i przestrzeń. Wywietrzyć salę, uporządkować stoły, pousuwać wszelkie rozpraszacze. Zmniejszenie liczby bodźców zewnętrznych również ułatwi sprawę. Mrugające lampki, gadające w tle radio, hałasy zza drzwi, dzwoniące telefony – wszystko to rozprasza i odciąga uwagę.

Zaczęłam od spraw związanych z przestrzenią spotkań z dziećmi, które jednak nie są najważniejsze. „Atmosfera”, „klimat” kojarzą się nam bowiem w pierwszej kolejności z czynnikami zewnętrznymi. Ale oczywiście nie sposób się nie zgodzić z poetą Andrzejem Poniedzielskim, który w wierszu Dom pisał:

Ale w domu

choćby róże rosły w murze


telewizor był w glazurze

i w doniczce każdej kran

Jeśli serce nie zamieszka

To to będzie PUSTOSTAN.

 

Choć wiersz traktuje o domu, nie inaczej jest z salą warsztatową, czy szkolną, niech więc sobie korporacje malują na ścianach kolorowe papugi i kupują designerskie pufy za grube tysiące i niech wiedzą, że dopóki nie zadbają o samopoczucie pracowników oraz relacje pomiędzy nimi, są to inwestycje wyrzucone w błoto. I tu mogę to śmiało powiedzieć, że my – animatorzy kultury i nauczyciele – jesteśmy już na starcie krok do przodu. Dla nas bowiem żadną nowością nie jest, że kreatywna aura to także podmiotowe traktowanie każdego uczestnika, budowanie atmosfery zaufania, bezpieczeństwa, odejścia od surowej ocenności na rzecz wzmacniania tego, co dobre i warte podsycania.

Jeśli więc chcemy, by dzieciaki na naszych zajęciach, czy warsztatach były aktywne i kreatywne, przede wszystkim zadbajmy o ich poczucie bezpieczeństwa. Wszak generowanie pomysłów i dzielenie się nimi to działalność ekspozycyjna. Można narazić się na śmieszność, trafić kulą w płot, zostać źle zrozumianym, wyśmianym, musieć się tłumaczyć… To zawsze jest pewne ryzyko, które mimo wszystko warto podjąć. I to od nas – animatorów – zależy, czy dzieci w ostatecznym rachunku uznają, że było warto. Może nie każdy pomysł jest dobry, ale każdy zasługuje na wysłuchanie, rozważenie, informację zwrotną. Stworzenie w uczestnikach takiego przekonania, że cokolwiek się nie wydarzy, każdy otrzyma wsparcie, uwagę, szacunek animatora, to lekcja pierwsza, to nasze ABC.

O ile jednak możemy ręczyć za siebie, to trudno – zwłaszcza na początku – ręczyć za pozostałych uczestników. A wszak to ich kąśliwe uwagi ranią jak sztylet, potrafią skutecznie zablokować na długi czas. Warto więc już na samym początku zadbać o system norm i zasad, samemu zaś obsadzić się w roli ich strażnika (z czasem dzieci zaczną same z siebie wspomagać nas w tej roli) i z pewnym wręcz wyczuleniem reagować na wszelkie próby ich łamania. Ustalając zasady proponowane przez uczestników, by dać im poczucie bezpieczeństwa, składamy wszelako obietnicę, że pewne sytuacje nie będą miały miejsca. A przynajmniej, że dołożymy wszelkich starań, by się nie ziściły. Czy dość poważnie traktujemy to zobowiązanie?

Z bezpieczeństwem wiąże się też dobrowolność. To trudna sprawa, bo dzieci i młodzież (a także dorośli) często nadużywają tego prawa. „Skoro nie muszę brać udziału w danej aktywności, to chętnie postoję z boku i pośmieję się (na głos lub chociaż w duchu) z tych, którzy próbują.” Mimo to, zwłaszcza za pierwszym razem, warto jednak na pewno zapewnić, że prezentować pomysły będą wyłącznie chętni. I być w tej zasadzie konsekwentnym, nie wywierać nacisku na nikogo, kto nie jest jeszcze gotów, by się swoim pomysłem podzielić na forum. Potem, gdy uczestnicy nauczą się wychodzić poza strefę komfortu, będzie można z lekka dociskać tych, których bez dociskania zaktywizować trudno. Ale to dopiero z czasem. Podobnie z presją czasu: na początku zrezygnuj z niej, bo to dodatkowy stresor. Po kilku tygodniach twórczych zmagań możesz poeksperymentować, jak działa ona na te konkretne dzieciaki. Czasem o dziwo (i wbrew temu, co się powszechnie uważa) bardzo pomaga.

Wreszcie – zespołowość. Mój ulubiony patent na przełamanie pierwszych oporów to miękkie lądowanie w świecie kreatywnym. Uczmy dzieci strzelać do jednej bramki, współpracować, zamiast rywalizować. Jeśli liczy się liczba dobrych pomysłów – to zespołowo, nie indywidualnie. Jeśli prezentujemy pomysł, etiudę, projekt, to rozliczajmy zespół, a nie poszczególne osoby. Przynajmniej na pierwszym etapie, kiedy nie każdy jeszcze jest gotów na przyjęcie indywidualnego feedbacku. W grupie raźniej.

Co jeszcze możemy zrobić dla kreatywnej atmosfery? Zadbajmy, by pomysły nie uciekały w eter. Zapewnijmy szary papier do ich notowania, karteczki samoprzylepne, korkowe tablice. Wieszajmy stworzone już dzieła, projekty – te zrealizowane i te, które na razie nie będą realizowane – niech trafiają do poczekalni, a nie na śmietnik. Zapisujmy złote myśli, wnioski, obserwacje. Pozwólmy, by odbierający dzieci z zajęć rodzice mogli oglądać te efekty naszej pracy, a dzieci – chwalić się nimi.

I rzecz ostatnia, a może najważniejsza: pytajmy u źródeł. Naprawdę warto raz na jakiś czas zadać dzieciom pytanie: „Co jeszcze mogę zrobić, żeby lepiej i bardziej twórczo nam się pracowało?”.  Tak, dzieci będą na początku zaskoczone i podejrzliwe (o czym to świadczy?). Odpowiedzi mogą nieco nas zbić z tropu (gdy pewna grupa odpowiedziała mi, że ich kreatywność wzmocnić jest w stanie jedynie gorące kakao, musiałam przez kilka tygodni przyjeżdżać na zajęcia z termosem owego pomysłogennego płynu). Ale nie zrażajmy się, ponieważ istotą tego pytania nie jest nawet sama informacja, którą uzyskamy, ale kiełkująca w głowach dzieci myśl, że to one same odpowiadają za kreatywną atmosferę na zajęciach – są jej twórcami i strażnikami. Jeśli to zrozumieją, Weronika Idzikowska i wszyscy, którzy tak jak ona (i ja) wierzą, że da się projektowo pracować z grupami dzieci, będą mieli co robić.  I oby tak było.

 

Maja Dobkowska